Depresyjny wiatr przywiewa mi złe myśli. A raczej smutne. Samotne. Nie ma tu nikogo, kto przyniósł by mi do łóżka herbatę i leki, kiedy mam gorączkę. Nikogo, kto pomógł by mi chodzić, kiedy skręcę sobie kostkę. Nikogo, kto by poszedł ze mną do kina bez marudzenia. Nikogo, kto by po prostu przyszedł porozmawiać, czasem przytulić.
Tak, emocjonalne kikuty też czasem potrzebują trochę ciepła.
I czemu tu się dziwić, że znów zaczynam otaczanie się grubym murem, inaczej nie zniosłabym kolejnych dni, tygodni, miesięcy.
Po za tym kończy mi się już abonament nieszczęść na ten miesiąc – jak nie gorączka, kręgosłup (znowu), zatoki to skręcona kostka (po której słodko przechadza się kot). Teraz czekam na szczęście w nieszczęściu – potrąci mnie mój irlandzki lektor 😉